piątek, 12 sierpnia 2022

Rozdział #19

 

W jak wielkie gówno jeszcze możesz wdepnąć?



Shikamaru otworzył oczy i przeciągnął się. Potrzebował dłuższej chwili, żeby przypomnieć sobie, gdzie jest, zarówno w sensie geograficznym, jak i emocjonalnym. Wstał z leżanki i powoli zaczął rejestrować, że odbył drzemkę podczas swojego dwudziestoczterogodzinnego dyżuru. Powolnym krokiem skierował się do drzwi, otworzył je i rozejrzał się po korytarzu. Na piętrze było późno, a wdzierające się światło informowało, że musiało być koło szóstej godziny.
Na blacie w pokoju socjalnym postawił ulubioną filiżankę w kolorze butelkowej zieleni i nasypał do niej czarnej, sypanej kawy. Włączył czajnik elektryczny i podczas tych kilku minut oczekiwania, podszedł do okna. Obserwował spokojną tafle jeziora, starając sobie przypomnieć, czy w lecie przycumowane były niewielkie łodzie obok pomostu?
Do pomieszczenia weszła Temari, którą nie miał przyjemności poznać, a która wywierała na nim nieodpartą chęć poznania. Blond włosy spięte mała w cztery, charakterystyczne kucyki. Również zaspana powiedziała niemrawe "dzień dobry" i wyciągnęła własny kubek z szafki. Był on biały z niewielkim, jakby odręcznie namalowanym samochodem wyścigowym. Shikamaru obserwował jak napełnia ją również tą samą kawą, po czym słysząc charakterystyczny dźwięk, oznajmujący zagotowaną wodę, spoglądnęła na lekarza.
— Mogę? — zapytała zachrypniętym głosem, najwidoczniej również musiała drzemać podczas swojego dyżuru.
— Proszę się częstować — odpowiedział śmiało, racząc kobietę jednym ze swoim czarujących, leniwych uśmiechów. — Ciężki dyżur?
— Gdyby nie liczyć kilka złamań i zwichnięć, można by powiedzieć, że było wyjątkowo spokojnie.
— Doktor Akasuna pewnie był zadowolony.
— Akurat nie miał dyżuru — odrzekła i zanurzyła usta w filiżance. — Dzisiejszej nocy pomagałam Kakuzu. Powrócił właśnie na stare śmieci.
— Zapewne też był ucieszony — mruknął w odpowiedzi Nara. Doskonale znał tego chirurga i miał co do niego mieszane odczucia. Kilka lat temu Kakuzu Yato wyprowadził się z Kraju Ognia, aby oddać się swojej pasji, którą była medycyna estetyczna. Zdziwił się więc neurochirurg, że Yato znów zjawił się w Konosze.
— Nie wiem, dlaczego powrócił, jednak musiało być to coś ważnego. Praktycznie wziął same czterdziestoośmiogodzinne dyżury świąteczne.
— Może z kliniką mu nie wyszło?
Temari wzruszyła ramionami, jakby sama nie wiedząc, co powinna o tym myśleć. Shikamaru dopił kawę, a następnie umył i odłożył kubek. Pozostawił No Sabaku w pokoju, po czym wyminął ją dodając:
— Ładny kubek.
— Dziękuję — odpowiedziała i zarumieniła się. Nie każdy potrafił docenić twórczość mało znanego malarza, a tym bardziej renomowany lekarz.
Shikamaru wyszedł z oddziału, a następnie skierował się w stronę dachu budynku. Doskonale zdawał sobie sprawę, że tylko tam może odpalić papierosa i zaciągnąć się. Pomimo przyrzeczeń, składanych co roku matce, nie potrafił porzucić jedynego nałogu. Jednak zdawałoby się, że powoli przestał mu tytoń smakować, a raczej z przyzwyczajenia zaciągał się długim papierosem. Oparł się o barierkę i odpalił lont. Zaciągnął się i puścił pierwszy obłok. Tego dnia było chłodno i rześko.
— Znowu się spotykamy? — zaśmiał się, spoglądając w kierunku otwieranych drzwi ewakuacyjnych, prowadzących na dach budynku.
— Najwidoczniej mamy do siebie szczęście — odrzekła Temari i przystanęła obok lekarza. — Nie wiedziałam, że doktor pali papierosy?
— Stary i głupi nałóg. Nie polecam.
— Myślę, że mogę posłuchać — zaśmiała się cicho. A następnie pochwyciła w dłonie odpalony papieros neurochirurga. — Czy to jest warte życia?
— Co pani wyprawia?
— Sprawdzam — mruknęła i zaciągnęła się papierosem. Nigdy nie przepadała za nikotyną, która zawsze drażniła jej płuca. Automatycznie zaczęła się krztusić i zgasiła resztę peta. — Nie, raczej nie jest warte.
— Właśnie zmarnowała mi pani jeden z papierosów.
— Myślę, że mogłabym nawet paczkę wziąć od pana, aby tylko wyrwać z niewoli nałogu.
— Niewoli nałogu — prychnął. — Każdy ma coś w życiu, co go uzależniło. A jak było w pani przypadku?
— Temari — odpowiedziała, podając dłoń neurochirurgowi.
— Shikamaru. To, co Temari. Co jest twoim nałogiem?
— Samochody — bąknęła, patrząc na jezioro. — Od dziecka uwielbiałam samochody. Tą miłością zaraził mnie ojciec, który miał swój warsztat.
— Pamiętam, zaraz za wiaduktem kolejowym, niedaleko wyjazdu na obwodnicę?
— Dokładnie — pokiwała głową z uznaniem. — Będąc nastolatką często pomagałam mu w naprawach. Może to głupio zabrzmi, ale kocham zapach smaru samochodowego i benzyny.
— Hobby nie jest głupotą.
— Nie raz koleżanki z pracy pytają, co tak naprawdę w tym widzę?
— I co odpowiadasz?
— Że po prosu pasję.
Shikamaru spojrzał na kobietę, która zdawała się być radosna niczym dziecko. Doskonale zdawał sobie sprawę, że pomimo tego, iż była kobieta, miała coś w sobie uroczego. Po raz pierwszy nie pomyślał, że byłoby to męczące, gdyby zaprosił pielęgniarkę na kawę.
— Robisz coś po pracy? — wtrącił na odchodne. — Może dasz się zaprosić na lepszą kawę niż ta w socjalnym?
— Rzeczywiście ta dosyć gówniano smakuje — zaśmiali się. — Obiecałam bratu pomóc przy córce, jednak myślę, że jutro z chęcią napiłabym się dobrej kawy.
— Znajdę cię jutro.
— Będę gdzieś na internie — odpowiedziała spokojnie, a następnie dobyła pager, który zaczął wibrować w kieszeni. — Niestety wzywają mnie.
— Rozumiem. Miłego dnia i oby jak najmniej beznadziejnych przypadków.
No Sabaku wyminęła doktora i wyszła przez drzwi ewakuacyjne. Shikamaru jeszcze chwilę przyglądał się jak blond włosy znikają za metalowymi drzwiami, a następnie pochwycił paczkę. Odpalił nowego papierosa i zaciągnął się. Zaśmiał się widząc wcześniejszy, zgaszony papieros. Z całą pewnością No Sabaku była kobietą, przy której nic nie było upierdliwe.


~ * ~


Wychodząc ze szpitala, Sakura zobaczyła, że Sasuke stał oparty o balustradę jeziora. Gdy zanotował, że onkolog wyszła, wyprostował się i poprawił, a następnie skierował w jej stronę. Sakura spojrzała na przyjaciela, który pomimo zmęczonej twarzy, wciąż na nią oczekiwał, stwierdziła, że zachowałaby się dosyć samolubnie, gdyby wsiadła do taksówki i po prostu odjechała. Była winna Sasuke szczerość, chociaż nie była na nią gotowa
— Brak planów na wieczór? — zapytała spoglądając na mężczyznę.
— Nie zaproponuje pizzy, bo bym miał głupie uczucie déjà vu.
— Więc na co masz ochotę?
— Może po prostu odprowadzę cię do domu i porozmawiamy?
Popatrzyła na niego i pokiwała na potwierdzenie głową. Miała żal do siebie, że ostatnimi czasy oddalili się od siebie i czuła się winna. Chociaż od kilku dni nie spotykała Itachiego, nie mgła zapomnieć o dwóch słowach wypowiedzianych w gabinecie. A w dodatku bała się cokolwiek postanowić, ponieważ zrozumiała, że znajduje się w beznadziejnej sytuacji. A najgorsze w tym wszystkim, że co by nie postanowiła, zrani jednego z nich.
Szli do mieszkania Sakury powolnym krokiem, spokojnie obserwując pustoszejące ulice Kraju Ognia. Oboje pogrążeni byli w myślach, chłonęli rześkie, grudniowe powietrze. Do końca roku pozostało tak niewiele dni.
— Przemyślałaś ten weekend w spa? — zapytał Sasuke, przerywając ciszę, jaka nastąpiła.
— Przepraszam, nie miałam głowy.
— Rozumiem — mruknął. — Myślałem, że może na sylwestra się wybierzemy? O ile nie masz planów. Chyba nie widziałem, abyś miała swój dyżur?
— W tym roku dali mi wyjątkowo dużo wolnego na święta. Jednak jeżeli nie odrobię się z pracą, mogę wcale nie spędzić sylwestra bez papierów. Czy tylko ja mam poczucie, że zamiast leczyć, zajmujemy się biurokracją?
— W końcu jest zakończenie roku. W dodatku powinienem ruszyć z rekrutacją, aby zapełnić braki.
— Ciężko być ordynatorem?
— Mówisz to tak, jakbyś nie wiedziała.
Sakura zaśmiała się. Chociaż od dawna była kierownikiem swojego oddziału, pomyślała, że Sasuke miał o wiele, wiele gorzej. Po rewolucjach kadrowych, Sasuke pozostał jedynym kardiochirurgiem. Czasami Kakashi pomagał mu w ważnych i ciężkich przypadkach.
— Dlaczego mam dziwne uczucie, że oddaliliśmy się od siebie? — zapytał przystając pod klatką onkolog.
— Może po prostu chciałabym, abyś ułożył sobie życie? Pragnę dla ciebie tego, co najlepsze Sasuke — westchnęła, czując jak kardiochirurg złapał jej dłonie. Zmusił ją do spojrzenia prosto w oczy. — Mam poczucie, że nie mogę dać ci tego, czego ode mnie oczekujesz. Jesteśmy przyjaciółmi, nie chcę cię stracić.
— Sakura — zaczął miękko, a Haruno przeszedł dreszcz. — Jesteś cudowną kobietą. Mądrą, zdeterminowaną i uczciwą. Zawsze cię podziwiałem. Patrzyłem jak stajesz się prymuską.
— Chciałam być lepsza od ciebie.
— To fakt — zaśmiał się. — Byliśmy rywalami i przyjaciółmi. Od zawsze mogłem na ciebie liczyć, a ty na mnie — Sasuke przerwał widząc wibrujący telefon. Na wyświetlaczu ujrzał znajome zdjęcie kuzyna. — Obito?
— Czego on może od ciebie chcieć?
— Nie wiem, lecz nie mam ochoty się dowiedzieć.
— Jeżeli nie odbierzesz, nie dowiesz się nigdy — Sakura poklepała Sasuke po ramieniu. — Odbierz i się przekonaj. Znasz go, wiesz, że nie odpuści.
— Masz rację — westchnął ciężko. — Daj mi chwilę.
Onkolog obserwowała, jak przyjaciel odbiera telefon i odchodzi niedaleko. Nie chciała podsłuchiwać, uważała, że powinni sami porozmawiać. Czekała na Sasuke, opierając się o barierkę przy podjeździe dla niepełnosprawnych. Było już po dziewiątej i doskonale zdawała sobie sprawę, że oboje są zmęczeni.
— Nie spytam czego chciał — zaczęła widząc, jak kardiochirurg się zbliża.
— Czy mógłbym cię o coś poprosić? — zapytał Sasuke zjawiając się obok. Sakura skinęła głową. — Obito chce się ze mną w piątek spotkać. Czy nie chciałabyś mi potowarzyszyć?


~ * ~


Była dwudziesta godzina, kiedy Itachi przekroczył próg najlepszej restauracji w Kraju Ognia. Swoją nazwę zawdzięczała bulionowi, który był specjalnością tego lokalu. Restauracja Dashi serwowała najlepsze zupy, a ich smak rozpieszczał nawet królewskie podniebienie.
Itachi przeszedł przez środek lokalu, za managerem, który słysząc nazwisko od razu pokierował na osobną salę. Starając się uspokoić oddech, posłusznie maszeruje, docierając do stolika na samym końcu. Po drugiej jego stronie siedzi kuzyn, a w dłoni trzyma szklankę z bursztynową cieczą.
— Spóźniłeś się — skarcił Itachiego na powitanie.
— Odziedziczyłem twoje nawyki.
— Wyrosłem z tego.
Obito ubrany był w garnitur, a białą koszule dekorował czarny krawat. Onyksowe oczy bacznie obserwowały kuzyna, który zajął miejsce.
— Napijesz się może?
— Jednak przyjechałem samochodem, więc musze odmowić.
— Na starość zrobiłeś się bardzo... zdziadziały.
— Zdziadziały? — powtórzył Itachi, unosząc prawą brew do góry.
— Kiedyś mogliśmy razem napić się i zabawić. Co się więc zmieniło?
— Może ty mi to powiedz Obito?
— Ehhh.... Każdy poszedł w swoją stronę — kardiolog opróżnił jednym łykiem swoją szklankę i rozkazał kelnerowi donieść dwie.
— Mówiłem ci, że prowadzę.
— Spokojnie, to nie dla ciebie.
Kąciki ust Obito poniosły się do góry, a onyksowymi tęczówkami niemo wskazał Itachiemu, by spojrzał na koniec korytarza. Nim pediatra się zorientował, dostrzegł różowe pukle włosów. Zaskoczony obserwował, jak Haruno zajmuje miejsce w oddali, a towarzyszy jej nie kto inny jak jego własny brat.
— Mieliśmy się spotkać sami — powiedział Itachi, starając się opanować. — Nie rozumiem, o co ci chodzi Obito?
— Zaprosiłem Sasuke na dzisiejszą kolację — odparł z uśmiechem. — Może uda mi się go przekonać do wzięcia etatu w mojej klinice.
— Nie mogłeś tego zrobić w inny dzień?
— Dawno nie widzieliśmy się rodziną. Poza tym, skąd mogłem wiedzieć, że przyprowadzi tą... kobietę.
Na twarzy Obito ciągle gościł uśmiech, jednak Itachi dostrzegł, że najwyraźniej nabija się z niego. Przyjmując maskę obojętności, skierował wzrok na kuzyna.
— Dobrze wiesz, że Sasuke nie odejdzie z Konohy. Ani nie wyjedzie z Kraju Ognia.
— Kto to wie? — Obito znów opróżnił szklankę. — Myślę, że jednak go przekonam. W sumie, zrobimy to razem.
— Nie za bardzo wiem, o czym mówisz.
— Ładna ta Sakura, z cała pewnością dobra też w łóżku, co?
— Obito, co cię to obchodzi?
— Mnie? Nic — wzruszył ramionami. — Ale pomyśl o Sasuke. Co by zrobił, gdyby dowiedział się, że miłość jego życia sypia z jego bratem? W dodatku za jego plecami?
— Chyba za dużo wypiłeś, bo mamroczesz jakieś głupoty.
— Znamy się nie od dzisiaj kuzynie — Obito wziął do ręki telefon i wystukując numer, przesłał wiadomość. Po chwili telefon Itachiego zawibrował. — Mam bardzo wiarygodne dowody. Nie sądzisz?
— Nie ośmielisz się — wycedził Itachi, zaciskając mocniej zęby.
— Ja nie mam nic do stracenia. A ty? Poświęcisz brata dla jakieś kobiety?
— Ostrzegam cię Obito, nie waż się tak o niej mówić.
— Czyli to nie tylko dziwka do zabawy?
Kardiolog zaśmiał się, a następnie upił ze szklanki alkoholu. Itachi starał się nie rzucić na kuzyna, lecz niestety kolejne z obelg sprawiły, ze wstał i z całej siły uderzył Obito w twarz.





Od K: Od dawna zastanawiałam się jak ugryźć tą sprawę i sytuację. Mam nadzieję, że to, co tutaj zamieściłam nie zawiodło Was i nadal będziecie chcieli pozostać przy tej historii. A teraz chciałabym Wam życzyć miłego weekendu i do zobaczenia we wrześniu :-)

Szablon